?

Log in

No account? Create an account

Grudzień, panie

Jest grudzień. Normalnie już żyłabym Bożym Narodzeniem. Ale nie tym razem. Jestem tak niesamowicie zmęczona, że nie mam siły na nic. Nie wiem jakim cudem nadal udaje mi się zaliczać wszystko na w miarę przyzwoite oceny, ale zaczynam mieć wszystkiego dość. Chce mi się tylko spać. Dziś podczas okienka zasnęłam nawet w szkole. A jakby tego było mało, do przerwy świątecznej zostały jeszcze dwa tygodnie, osiem/dziewięć sprawdzianów i drugie tyle kartkówek. Jak tak dalej pójdzie, moim mottem życiowym jednak zostanie "Pierdolę, nie robię".

Tralala

Czyli dopadło mnie choróbsko. A ja chciałam dziś na historię. :

Trolle są wśród nas

Jak ja strasznie lubię ludzi, którym list na niemiecki pisze translator a referat na historię wikipedia...
Ja nie mówię, że nie można się czasem odrobinę translatorem wspomóc (ale do tego też trzeba mimo wszystko znać język) czy korzystać z wikipedii (chociaż ja tam wolę starą dobrą Historię Powszechną PWNu), ale są, kurczę, jakieś granice.

Swoją drogą, za referat napisany na podstawie jednej jedynej książki, stworzony w dwie godzinki (w których mieściły się przerwy na zrobienie sobie herbaty, pójście do toalety albo przekąskę) można dostać szóstkę. Trzeba tylko być wodolejem i mówić w miarę ciekawie (Boże, słuchali mnie nawet chłopcy, którym nie chce się słuchać nauczycieli, odlot).

Piszę list na niemiecki...

... więc zajmuję się czym innym. xD

A zatem - Thierry Amiel i przepiękna interpretacja piosenki "L'Hymne a l'amour" Edith Piaf. Jestem zachwycona. (I tym samym wykonanie Patricii Kaas i Johnny'ego Hallydaya spadło na drugie miejsce; zbliża się Armageddon.)

Oczywistość

Co robi uczeń, który musi nauczyć się na sprawdzian z historii, przygotować z tejże historii referat, nauczyć się na odpytkę z polskiego, napisać list i wykuć słówka z niemca?

Otóż czyta spokojnie "Świętoszka" Moliera, popija herbatkę z różą i wciąga babcine rogaliki. To oczywiste, prawda? x)

(Chociaż i tak zaraz napiszę ten list, tak dla świętego spokoju. I nauczę się, bo co mi tam.)

Odmóżdżanie w trzech krokach

1. Przyjdź do szkoły.
2. Przeżyj wszystkie lekcje.
3. Wróć do domu, przypomnij sobie wszystkie cudowności i umrzyj.

Generalnie - kocham moje LO. <3 (Gdybyśmy tylko nie musieli omawiać tego okropnego Sienkiewicza...)

A swoją drogą, wypożyczyłam sobie książkę o kardynale de Richelieu. Pierwszych pięćdziesiąt stron to cudowność. <3

La la la

Mój zasilacz do laptopa żyje, a wraz z nim ja powracam do czynnego życia sieciowego. Yay.
I, naprawdę, nie znoszę awarii komputera.

Home sweet home

Niby droga nie jest długa (jakieś sto kilometrów), ale dla mnie i tak męcząca. Nawet, jeśli akurat mam farta i mnie nie mdli.
Tak czy inaczej, wymięta, rozespana i rozmemłana wróciłam do własnego domu i mi z tym dobrze. Lubię babcine domiszcze, ale jednak nie ma to jak własne mieszkanie, własne łóżko, książki, papiery i wredna sąsiadka z dołu. No i kot - absolutnie najpiękniejszy kot na świecie. Ten A. się może przy nim schować. (Cannelle* wujka M. zresztą też.)
Oczywiście przywieźliśmy z sobą chyba trzy razy tyle, co zabraliśmy tam, ale to już normalne. Swoją drogą, nie miałam pojęcia, że kupiłam sobie aż tyle bluzek. O_o (A spodni ani jednych... Heh.)

*Tylko mój wujek jest tak genialny, żeby nazwać kocicę Cynamon (we francuskim to słowo rodzaju żeńskiego). Gdyby był kocur, pewnie nazywałby się Pastis. xD

Swoją drogą, mam już dwa pomysły na drabble z Sasakibe. W kontekście Sandbox Society (wszystko wina gokuma ), co prawda, ale lepszy rydz niż nic. Tylko muszę trochę odpocząć po podróży, zanim napiszę.

Jul. 17th, 2009

Yaaaaay~~! *__*



Das ist wunderschon! xD

Łiii...?

Świat zmienia się na lepsze. Przeziębienie odeszło w niepamięć. Nospa i nurofen wreszcie zaczęły działać. Mam herbatę (chyba dziesiątą dziś), mam "Dolinę Muminków w listopadzie" i "Kubusia Puchatka", a niebo jest bezchmurne. Istnieje szansa, że jutro nastąpi dzień z pogodą, za to bez kataru, opuchniętych powiek i bólu podbrzusza. Być może jutro nadejdzie dzień, który spędzę czytając książki na huśtawce w ogrodzie.

A tak poza ogólną radością i nadzieją... Wczoraj przeczytałam sobie pierwszy tom opowiadań Iwaszkiewicza (lubimy tego pana, bo ciekawie pisze, ma ciekawych bohaterów, pojawia się dużo bohaterów-gruźlików, co kojarzy nam się z Ukitake, którego lubimy, a poza tym ten pan nie wzbrania się przed prezentowaniem relacji homoseksualnych, co zaliczamy mu na plus). W tym tomie było opowiadanie pod bardzo niewinnym, a wręcz banalnym tytułem "Przyjaciele". No cóż, spodziewałam się czegoś lekkiego, radosnego, sympatycznego. A dostałam relację tak chorą, tak niejednoznaczną, tak pełną kłamstw i oszustw, że głowa mała. Co gorsza, wszystko jest tak diabelnie realistyczne... Nawet "Małe zbrodnie małżeńskie" Schmitta mnie tak nie ruszyły, chociaż tam też relacja była w jakiś sposób chora. Ale to w "Przyjaciołach" jest gorsze. Nie wiem jak to jest z "opowiadaniem się po którejś ze stron" u innych, ale ja byłam "po stronie" Wolffa. Bo, dobra, też kłamał, oszukiwał, pozwalał na tworzenie się czegoś takiego, ale Achilles... Nawet nie było mi go szkoda na końcu. Choć może powinno. "Kochankowie z Marony" i "Panny z Wilka" są przy tym takie bardzo malutkie. Kiedyś na pewno przeczytam to jeszcze raz. Ale nie w najbliższym czasie. Wciąż mi jakoś niedobrze, jak o tym myślę. Wrażenia mam podobne jak po "Na Zachodzie bez zmian", choć tematyka jest przecież zupełnie, zupełnie inna.